W Luwrze łatwo się zgubić, ale nie wtedy, gdy szuka się „Mona Lisy”. Nie trzeba nawet spoglądać na mapę – wystarczy podążać za tłumem. Kolejne drogowskazy prowadzą w stronę Sali 711, czyli Salle des États, ale jeszcze zanim dostrzeże się najsłynniejszy portret Leonarda da Vinci, można zauważyć tłum ludzi, znajdujący się po jednej stronie pomieszczenia. Jedni próbują przecisnąć się bliżej, inni unoszą telefony ponad głowami pozostałych zwiedzających. Ktoś robi zdjęcie, ktoś nagrywa film, ktoś próbuje zrobić sobie selfie. Dopiero gdzieś za tym wszystkim znajduje się ona – „Mona Lisa”.

fot. S. Kozłowska

Pierwsze spotkanie z obrazem może być zaskakujące. Dzieło znane z niezliczonych reprodukcji, podręczników, filmów, reklam i internetowych memów wcale nie jest aż takie duże. W rzeczywistości ma zaledwie około 77 centymetrów wysokości i 53 centymetry szerokości. Nie można też podejść do niego tak blisko, jak do innych obrazów znajdujących się w muzeum. Obraz jest wyjątkowo strzeżony. „Mona Lisa” znajduje się za zabezpieczającą szybą, a od zwiedzających oddzielają ją barierki. Zamiast długiej kontemplacji pozostaje więc spojrzenie z pewnej odległości, często ponad głowami innych turystów. Trudno wówczas nie zadać sobie pytania: jak właściwie niewielki XVI-wieczny portret stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł sztuki na świecie?

Zanim została najsłynniejszą kobietą świata

Leonardo da Vinci rozpoczął pracę nad obrazem na początku XVI wieku. Za przedstawioną na nim kobietę najczęściej uznaje się Lisę Gherardini, żonę florenckiego kupca Francesca del Gioconda.

Przez stulecia badaczy i odbiorców fascynowała nie tylko tożsamość „Mona Lisy”, ale przede wszystkim tajemniczy wyraz twarzy modelki. Jej uśmiech wydaje się zmieniać w zależności od tego, na którą część twarzy patrzy obserwator. Efekt ten wiąże się między innymi z charakterystycznym dla Leonarda sfumato – techniką polegającą na niezwykle subtelnym zacieraniu konturów i przejść między światłem a cieniem.

Dzisiaj trudno oddzielić sam obraz od legendy, która wokół niego narosła. „Mona Lisa” jest reprodukowana na kubkach, koszulkach i pocztówkach, przerabiana w memach i wykorzystywana w reklamach. Jej twarz zna niemal każdy, nawet jeśli nigdy nie interesował się historią sztuki. Do powstania tej niezwykłej popularności przyczyniły się jednak nie tylko talent autora , ale też wydarzenie przypominające scenariusz filmu kryminalnego.

Dzień, w którym „Mona Lisa” zniknęła

21 sierpnia 1911 roku „Mona Lisa” została skradziona z Luwru. Wiadomość wywołała ogromne zainteresowanie prasy, a przez ponad dwa lata policja z całego świata nieskutecznie poszukiwała dzieła. Złodziejem był Vincenzo Peruggia – włoski szklarz, który wcześniej pracował w Luwrze. Obraz odzyskano pod koniec 1913 roku, gdy Peruggia próbował przekazać go włoskiemu handlarzowi dziełami sztuki. Argumentował kradzież chęcią zwrócenia obrazu ojczystemu krajowi, dlatego w oczach Włochów po areszcie stał się bohaterem. Ostatecznie Peruggia spędził w więzieniu jedynie 7 miesięcy... Należy zadać sobie pytanie, czy po „uprowadzeniu najsłynniejszej kobiety na świecie” to wystarczający wyrok?

Kradzież miała paradoksalny skutek. „Mona Lisa” była ceniona i sławna już wcześniej, lecz światowa prasa przez ponad dwa lata wielokrotnie reprodukowała jej wizerunek. Luwr podkreśla, że właśnie wówczas popularność obrazu wykroczyła daleko poza krąg miłośników malarstwa.

Kwas, kamień, kubek, ciasto i zupa

Powrót do Luwru nie oznaczał końca burzliwych losów obrazu. W 1956 roku „Mona Lisa” została zaatakowana kwasem, a w grudniu tego samego roku jeden ze zwiedzających rzucił w nią kamieniem, powodując niewielkie uszkodzenie warstwy malarskiej w okolicy lewego łokcia. W kolejnych dekadach zabezpieczenia dzieła stawały się coraz bardziej zaawansowane. W 2009 roku zwiedzająca rzuciła w obraz ceramicznym kubkiem, który rozbił się o szybę. W 2022 roku mężczyzna rozsmarował na zabezpieczającej obraz szybie ciasto, a w styczniu 2024 roku dwie aktywistki oblały ją zupą. W tych przypadkach sam obraz pozostał nienaruszony przez przeszkloną gablotę, w której się znajduje.

Kilkadziesiąt sekund z Mona Lisą

Współczesne spotkanie z „Mona Lisą” na pewno nie jest spokojną kontemplacją nad dziełem sztuki. Salle des États należy do najbardziej zatłoczonych przestrzeni muzeum, a przed samym obrazem tworzy się kolejka zwiedzających chcących podejść możliwie blisko. „Mona Lisa” jest jednym z tych dzieł, które każdy z odwiedzających widział już setki razy – w podręcznikach, internecie, filmach i reklamach. Dzisiaj, nawet na telefonie, możemy w kilka sekund znaleźć reprodukcję pozwalającą dostrzec szczegóły, których z kilku metrów w Luwrze prawdopodobnie nawet nie zauważymy.

Mimo wszystko chcemy stanąć przed oryginałem. Dla wielu osób moment spotkania z „Mona Lisą” trwa krótko: podejście, spojrzenie, zdjęcie i ustąpienie miejsca następnym zwiedzającym. Rodzi to pytanie o współczesny sposób obcowania ze sztuką. Czy naprawdę oglądamy dzieło, czy przede wszystkim dokumentujemy fakt, że znaleźliśmy się w jego pobliżu?

Stojąc przed „Mona Lisą” wystarczy się odwrócić, a przeciwległej ścianie Salle des États znajduje się „Wesele w Kanie Galilejskiej” Paola Veronesego. Monumentalne dzieło zajmuje niemal 70 metrów kwadratowych i jest największym obrazem znajdującym się w Luwrze, ale prawie nikt z tego tłumu stojącego przed „Mona Lisą” go nie zauważa… Ten kontrast jest niesamowity – każdy chce zrobić sobie zdjęcie z niewielkim portretem, a nikt nie widzi największego dzieła w muzeum, znajdującego się w tej samej sali. Trudno o lepszą ilustrację tego, jak wielką rolę w naszym odbiorze sztuki odgrywa jej kulturowa sława. Nie oznacza to oczywiście, że „Mona Lisa” nie zasługuje na zainteresowanie. Jest jednym z najważniejszych dzieł Leonarda da Vinci i niezwykłym świadectwem renesansowego malarstwa. Jednak tłum zgromadzony przed nią mówi nam coś nie tylko o samym obrazie, lecz także o nas – współczesnych odbiorcach sztuki.

Czy warto było stać w kolejce?

Mimo tłumu, barierek, szyby i niewielkiej ilości czasu – tak. Jest coś szczególnego w świadomości, że patrzy się nie na kolejną reprodukcję, lecz na ten sam obraz, nad którym ponad pięćset lat temu pracował Leonardo da Vinci. Na dzieło, które znajdowało się w królewskich kolekcjach, zostało skradzione z Luwru, przez ponad dwa lata pozostawało zaginione, stało się bohaterem gazet, przetrwało kolejne ataki, a dziś przyciąga ludzi z całego świata.

Być może właśnie dlatego trudno odpowiedzieć na pytanie, co właściwie chcemy zobaczyć, ustawiając się w kolejce przed „Mona Lisą”. Sam obraz? Ślad Leonarda? Jeden z najważniejszych obiektów europejskiego dziedzictwa? A może ikonę, którą znamy od dzieciństwa i którą choć raz chcemy zobaczyć na własne oczy?

Po wyjściu z Luwru „Mona Lisa” nadal wygląda przecież dokładnie tak samo jak na tysiącach reprodukcji. Zmienia się tylko jedno – od tej chwili nie jest już wyłącznie obrazem znanym z podręcznika, ekranu czy pocztówki. Staje się dziełem, przed którym naprawdę się stało. Choćby tylko przez kilkadziesiąt sekund.

fot. S. Kozłowska

Źródła:

  • https://www.louvre.fr/en/explore/the-palace/from-the-mona-lisa-to-the-wedding-feast-at-cana
  • https://collections.louvre.fr/en/ark:/53355/cl010062370
  • https://pl.wikipedia.org/wiki/Mona_Lisa

O autorze

Sandra Kozłowska

Sandra Kozłowska

współpracowniczka