O sztucznej inteligencji mówi się dzisiaj właściwie wszędzie. Korzystamy z niej w pracy, na uczelni, przy tworzeniu zdjęć czy tekstów. Nic więc dziwnego, że AI coraz częściej pojawia się również w polityce. Politycy mogą wykorzystywać ją do przygotowywania materiałów, analizy danych czy kontaktu z wyborcami. Z drugiej strony ta sama technologia pozwala w kilka minut stworzyć realistyczne zdjęcie, nagranie głosu czy film przedstawiający wydarzenie, które nigdy nie miało miejsca. I właśnie to wydaje się jednym z ciekawszych problemów związanych z AI. Nie chodzi przecież o to, że politycy zaczęli korzystać z nowej technologii. Nowe narzędzia w komunikacji politycznej pojawiały się już wcześniej np. internet, media społecznościowe czy reklamy kierowane do konkretnych grup również mocno zmieniły sposób prowadzenia kampanii. AI różni się jednak tym, że pozwala bardzo szybko tworzyć treści, które mogą wyglądać jak prawdziwe.
Po co politykom AI?
Najbardziej oczywiste zastosowanie sztucznej inteligencji w polityce jest jednocześnie najmniej kontrowersyjne. AI może po prostu ułatwiać pracę. Można wykorzystać ją do przygotowania projektu tekstu, grafiki czy filmu, przeanalizowania dużej ilości danych albo odpowiadania na pytania użytkowników. Nie każde takie zastosowanie ma przecież coś wspólnego z manipulacją. Jeśli sztuczna inteligencja pomaga komuś szybciej przygotować materiał kampanijny, trudno uznać samo to za problem. Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy odbiorca nie wie, z czym właściwie ma do czynienia. Unia Europejska zwróciła uwagę na ten problem, wprowadzając w ramach AI Act przepisy dotyczące przejrzystości. Dotyczy to między innymi deepfake'ów oraz niektórych treści dotyczących spraw publicznych. Można więc powiedzieć, że problemem nie jest samo używanie AI, ale brak informacji o tym, że została ona wykorzystana.
Kiedy AI zaczyna być problemem?
Najwięcej obaw budzą deepfake'i. W dużym uproszczeniu chodzi o materiały, w których za pomocą AI można zmienić czyjś wygląd lub głos albo stworzyć całkowicie fikcyjne nagranie. W polityce może to mieć szczególne znaczenie. Możemy wyobrazić sobie film, na którym polityk wypowiada kontrowersyjne słowa. Nagranie wygląda wiarygodnie, pojawia się w mediach społecznościowych i w ciągu kilku godzin dociera do tysięcy osób. Dopiero później okazuje się, że zostało wygenerowane przez AI. Oczywiście można je sprostować, ale nie ma gwarancji, że sprostowanie dotrze do dokładnie tych samych osób, które wcześniej zobaczyły fałszywy materiał. To właśnie szybkość rozprzestrzeniania się takich treści jest jednym z najważniejszych problemów. Stworzenie fałszywego materiału jest dziś znacznie prostsze niż kilka lat temu. Jednocześnie odbiorca często nie ma narzędzi, żeby samodzielnie ocenić, czy oglądane nagranie jest prawdziwe. Nie oznacza to jednak, że każda treść wygenerowana przez AI będzie skutecznie wpływać na wybory. Problem polega raczej na tym, że technologia zwiększa możliwości tworzenia i rozpowszechniania fałszywych informacji.
Polska perspektywa
Zresztą, nie trzeba szukać przykładów za granicą. W Polsce kwestia dezinformacji była szczególnie widoczna podczas wyborów prezydenckich w 2025 r. Ministerstwo Cyfryzacji uruchomiło wtedy program „Parasol Wyborczy”, którego celem było m.in. monitorowanie cyberzagrożeń, dezinformacji oraz prób ingerencji w proces wyborczy. W ramach programu NASK monitorował również treści związane z wyborami i zgłaszał platformom materiały dotyczące m.in. podszywania się, fałszywych informacji oraz treści wykorzystujących AI. Skala problemu była duża. Według raportu Ministerstwa Cyfryzacji od stycznia do początku czerwca 2025 r. zespół zajmujący się wykrywaniem dezinformacji obsłużył około 27,5 tys. zgłoszeń dotyczących potencjalnych incydentów. NASK wykrywał również profile podszywające się pod kandydatów na prezydenta. Do końca kwietnia zidentyfikowano 176 takich incydentów, a 169 kont zostało zablokowanych. Co ciekawe, sam raport zwraca uwagę na ograniczenia automatycznego wykrywania dezinformacji. Algorytmy nie zawsze potrafią właściwie zrozumieć kontekst wypowiedzi, ironię czy sarkazm. Oznacza to, że nawet coraz lepsza technologia nie zastąpi całkowicie człowieka. Potrzebne są również osoby, które potrafią ocenić, co właściwie przedstawia dana treść i w jakim kontekście powstała.
Czy prawo nadąża za technologią?
Unia Europejska próbuje odpowiedzieć na te problemy poprzez regulacje. Od 2 sierpnia 2026 r. obowiązują przepisy AI Act dotyczące przejrzystości określonych treści. Deepfake'i powinny być odpowiednio oznaczane, a treści wygenerowane lub zmodyfikowane przez AI mają być wyposażane w oznaczenia umożliwiające ich wykrywanie przez systemy. Osobne regulacje dotyczą reklam politycznych. Unijne przepisy mają zwiększyć ich przejrzystość i sprawić, że odbiorca będzie mógł łatwiej dowiedzieć się, kto odpowiada za daną reklamę i kto za nią zapłacił. Komisja Europejska pracuje również nad europejskim repozytorium internetowych reklam politycznych, które ma ułatwiać dostęp do informacji o takich reklamach. Pojawia się jednak pytanie, czy same przepisy wystarczą. Internet działa bardzo szybko, a prawo siłą rzeczy reaguje wolniej. Nawet jeśli fałszywy materiał zostanie oznaczony lub usunięty, może zdążyć wcześniej dotrzeć do dużej liczby osób.
Nie chodzi o zakazanie AI
Moim zdaniem najciekawsze w tym wszystkim jest to, że problemu nie da się sprowadzić do prostego pytania: „czy AI jest dobra, czy zła dla polityki?”. Sama technologia może przecież służyć zupełnie różnym celom. AI może ułatwiać komunikację polityków z obywatelami i przyspieszać przygotowywanie materiałów. Jednocześnie może sprawić, że tworzenie fałszywych treści stanie się łatwiejsze i tańsze. Dlatego większe znaczenie niż samo korzystanie z AI ma sposób, w jaki jest ona wykorzystywana. Moim zdaniem najważniejsza jest tutaj przejrzystość. Jeżeli odbiorca wie, że ogląda materiał wygenerowany przez sztuczną inteligencję, może sam zdecydować, jak go ocenić. Problem pojawia się wtedy, gdy taki materiał udaje autentyczne nagranie i nie daje odbiorcy żadnego sygnału, że został zmieniony. AI prawdopodobnie na dobre zostanie więc częścią komunikacji politycznej. Nie oznacza to jednak, że każda kampania będzie od teraz opierała się na deepfake'ach albo że sztuczna inteligencja sama w sobie zmieni sposób, w jaki ludzie głosują. Bardziej realne wydaje się to, że polityka będzie musiała nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym coraz trudniej jest na pierwszy rzut oka stwierdzić, czy dana treść jest prawdziwa. Właśnie dlatego obok nowych regulacji potrzebna jest również większa ostrożność odbiorców. Sprawdzenie źródła, porównanie informacji z innymi mediami czy zwykłe zastanowienie się, czy dana treść nie wygląda podejrzanie, może okazać się równie ważne jak najbardziej zaawansowane narzędzia do wykrywania AI.