Książka „W trybach chaosu. Jak media społecznościowe przeprogramowały nasze umysły i nasz świat” Maxa Fishera to w zamierzeniu kompleksowy akt oskarżenia wymierzony w Dolinę Krzemową. Autor, wieloletni reporter śledczy, podejmuje się zadania rozbicia na czynniki pierwsze mechanizmów, za pomocą których algorytmy zoptymalizowane pod kątem zaangażowania napędzają polaryzację, teorie spiskowe i realną przemoc. Choć książka dostarcza mnóstwa poruszających faktów i czyta się ją momentami jak rasowy thriller technologiczny, wnikliwa lektura ujawnia w niej szereg istotnych pęknięć narracyjnych, merytorycznych i koncepcyjnych.
Algorytmiczny determinizm jako fałszywy punkt wyjścia
Podstawowym grzechem intelektualnym, który popełnia Fisher, jest popadnięcie w skrajny technologiczny determinizm. Autor buduje narrację, w której przed pojawieniem się newsfeedu na Facebooku czy rekomendacji na YouTube ludzkość żyła niemal w stanie harmonii i racjonalnego dialogu. Przypisanie algorytmom sprawczości absolutnej zdejmuje odpowiedzialność z człowieka i ignoruje głęboko zakorzenione, przedcyfrowe zjawiska społeczne, takie jak nierówności ekonomiczne, wieloletnie wojny kulturowe czy upadek tradycyjnych mediów drukowanych i telewizyjnych. Fisher kreśli obraz, w którym to linie kodu stworzyły plemienność, zamiast uznać, że zaledwie wykorzystały one atawizmy, które w ludzkich społecznościach tliły się od zawsze.
Kolejną wyraźną słabością publikacji jest jej uderzająca jednostronność światopoglądowa. Gdy Fisher analizuje ekstremizm, polaryzację i radykalizację użytkowników, jego uwaga skupia się niemal wyłącznie na środowiskach prawicowych, alt-raight, zwolennikach Donalda Trumpa czy wyznawcach teorii spiskowych QAnon. Choć te zjawiska bez wątpienia zasługują na drobiazgowe potępienie, autor całkowicie pomija fakt, że mechanizm „moralnego oburzenia” działa symetrycznie. Przemilczenie lewicowej kultury unieważniania, zjawiska linczów sieciowych w imię sprawiedliwości społecznej czy baniek informacyjnych po stronie liberalnej sprawia, że książka z bezstronnego reportażu śledczego niebezpiecznie dryfuje w stronę tekstu zaangażowanego w jedną ze stron amerykańskiej wojny domowej.
Przegadanie i powtarzalność schematu
Pod względem kompozycji książka cierpi na syndrom rozwleczonego artykułu prasowego. Narracja w drugiej połowie staje się monotonna: autor co rozdział zmienia jedynie dekoracje geograficzne, stosując dokładnie ten sam szablon argumentacyjny. Czytelnik dowiaduje się najpierw o sielskim regionie, potem o wdrożeniu produktu firmy Meta, następnie o działaniu mechanizmu dopaminowego, a w finale o wybuchu zamieszek lub czystek etnicznych. Przykłady z Mjanmy, Sri Lanki, Indii czy Niemiec są dramatyczne, lecz ciągłe powracanie do tych samych wniosków bez pogłębiania teorii sprawia, że książka zaczyna nużyć i sprawia wrażenie przegadanej.
Najbardziej rozczarowujący okazuje się finał publikacji. Po setkach stron bezlitosnej krytyki platform technologicznych i przedstawiania ich zarządów jako cynicznych socjopatów, Fisher nie potrafi zaoferować żadnej przekonującej alternatywy. Postulaty autora sprowadzają się do ogólników o potrzebie regulacji antymonopolowych, przejrzystości algorytmów czy konieczności spowolnienia obiegu informacji. Brakuje tu rzetelnej analizy ekonomicznej: jak miałby wyglądać wolny i powszechnie dostępny internet bez modelu reklamowego opartego na zaangażowaniu. Autor zatrzymuje się na łatwej diagnozie zła, pozostawiając czytelnika z poczuciem beznadziei i bez choćby zarysu realistycznej mapy drogowej.
Diagnoza ważna, lecz intelektualnie uproszczona
„W trybach chaosu” pozostaje lekturą emocjonującą i cenną jako kompendium grzechów Doliny Krzemowej, ale nie jest dziełem kompletnym. Zamiast zniuansowanej socjologii internetu Fisher stworzył publicystyczny pamflet, który zbyt łatwo demonizuje technologię kosztem analizy ludzkiej natury. To książka warta przeczytania ze względu na zgromadzony materiał faktograficzny ze śledztw, lecz wymagająca od czytelnika nieustannego dystansu wobec zbyt gładkich, czarno-białych wniosków autora.